EPILOG
Lucky odłożyła Proroka Codziennego na rzeźbione, mahoniowe biurko i upiła łyk kawy z filiżanki, którą trzymała w dłoni. W gazecie nie znalazła żadnych istotnych informacji, ani nawet wzmianki o jej zniknięciu. Widać Lucjusz pogodził się z tym, że uciekła, a Dumbledore dał sobie spokój z szukaniem jej, gdyż pewnie uważał, że jest teraz z Syriuszem. Jakże wiele oddałaby za to, że byłyby z nim. Niestety, nie chciał jej, a ona musiała się z tym jakoś uporać. Kobieta wyprostowała się na krześle i zarzuciła długie włosy na plecy.
- Cholera jasna – Lu spojrzała na poplamiony żakiet, zapomniała o trzymanej w ręce filiżance. Attack podeszła do szafy i wyciągnęła z niej luźną bluzkę bez rękawów, a kiedy już ją włożyła, wróciła na swoje poprzednie miejsce.
Lucky rozejrzała się po pokoju, w którym spędziła ostatnie dwa miesiące i musiała przyznać sama przed sobą, że sprawiał przygnębiające wrażenie. Było to jednak idealne miejsce do ukrycia się, z dala od Londynu i znajomych ludzi. Lu wstała z krzesła i podeszła do okna, które sięgało podłogi, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Kobieta podeszła do nich i otworzyła je delikatnie.
- Przyniosłem kolację – kelner zlustrował wzrokiem postać Lucky i uśmiechnął się kpiąco. – Rano sprzątaczka zbierze brudne naczynia – chłopak wprowadził wózek do pokoju i podszedł ponownie do drzwi. - Dobranoc pani. Życzę miłych snów.
Lu zamknęła cicho drzwi i zaniosła jedzenie na biurko. Chyba nadszedł czas. Attack wyciągnęła różdżkę z szuflady i spojrzała na Proroka. Nikt nie będzie przejmował się jej śmiercią... Potterowie już nie żyją, a Syriusz uciekł z Azkabanu i nikt nie miał pojęcia gdzie jest. Czy kogoś jeszcze interesowała? Ach tak, był jeszcze Remus, ale cóż on mógł zaradzić ogarniającej ją rozpaczy? Lucky mimowolnie dotknęła brzucha, a do oczu napłynęły jej łzy. Nic nie mogło przywrócić życia jej dziecku, które w niej rosło, a które zabił Lucjusz. Nic jej nie zostało, trzeba było to skończyć raz na zawsze. Syriusz... Ten Syriusz, którego tak kocha... Była pewna jego niewinności, ale on jej nie chciał. Odrzucił jej wyciągniętą dłoń i odszedł. Lucjusz... Ten, który ją tak skrzywdził, ten który narzucił jej swą wolę, ten dla którego opuściła przyjaciół. Lucjusz...
Lu mocniej zacisnęła dłoń na różdżce. Wiedziała co ma zrobić...
***
Hm... Więc tak. Skończyły się pomysły i plany na przyszłość. Dlaczego? Sama nie wiem. Lucky zawsze będzie dla mnie miała tę samą wartość , ale muszę to uciąć zanim zrobi się z tego jakaś durna telenowela meksykańska, w której ludzie się schodzą i rozchodzą, do czego tutaj prowadziło. Epilog nie oznacza końca, może jeszcze kiedyś coś dopiszę, wtedy na pewno was powiadomię a na razie znajdziecie mnie tutaj. Dziękuję, że byliście ze mną przez te XXV rozdziałów.
Lucky
Lucky, ktĂłra uwielbia czytaÄ w myĹlach, ale nie lubi myĹleÄ...